Tam, gdzie rośnie wino

Tam, gdzie rośnie wino

Cały dzień spędzony w cesarskim Tarraco wymagał wyjątkowego finału. I pewnie wymyślone przeze mnie zwieńczenie wypadu do miasta ociekającego Rzymem mogłoby ziścić się gdziekolwiek w Hiszpanii. Ale przecież napić się cavy wypada tylko w Penedes. Pewnie tak samo, jak szampanskoje trzeba skosztować w Rosji, szampana w Szampanii, a prosecco przed śniadaniem.

Oczywiście ten wstęp jest zbyt napuszony. Bo przecież każdy może skosztować lampki tego musującego wina gdzie sobie tylko wymarzy. Ale żeby było tematycznie, musiała być ta właśnie historyczna kraina. Wszak nałykani dziejami stolicy dawnej Hispanii Tarraconensis, dzisiejszej Tarragony, potrzebowaliśmy (wycieczka była kilkuosobowa) chyba uduchowionego finału. Dlatego kupując bilety na powrotny pociąg do Barcelony zdecydowaliśmy, że zrobimy sobie przerwę (mniej niż bardziej) w połowie drogi. Tak właśnie trafiliśmy do Vilafranca del Penedes.

O samym mieście nie napiszę zbyt wiele. (Nawet nie jestem w stanie zaoferować Wam  porządnego zdjęcia, poza tym niewyraźnym – uwierzcie na słowo, że jest tam napisane Vilafranca del Penedes – z kolejowego peronu miejscowego dworca). Po pierwsze – celem wizyty nie było zwiedzanie. Po drugie – na przechadzki nie było zbyt wiele czasu, bowiem pociąg w dalszą podróż mieliśmy za nieco ponad dwie godziny.

Co warto wiedzieć o Penedes? Położone jest na obszarze obecnych komarek (gmin) Alt Penedes, Baix Penedes i Garraf. Już za czasów rzymskich stanowiło ważne zaplecze związane z wytwórstwem wina. Jednak uprawa winorośli zaczęła się jeszcze przed przybyciem na te tereny Rzymian. Pierwsze katalońskie wina musują zaczęły natomiast powstawać około połowy XIX wieku. Teraz na terenie Penedes działają dziesiątki winnic, z których najsłynniejsze to chyba Codorniu i Freixenet. Generalnie nie ma problemu, by zorganizować sobie wizytę w jednej z nich, oczywiście za odpowiednią opłatą, a także wraz z degustacją produktów.

A sama cava? Nazwa pochodzi od katalońskiego określenia piwniczki. Choć jej produkcja nie jest przypisana do konkretnego regionu (jak szampana), to nawet 95 proc. tego trunku powstaje właśnie w Penedes. Przede wszystkim to wina białe i różowe, rzadko czerwone.

Po krótkim spacerze uliczkami Vilafranca del Penedes stwierdzamy, że nie ma sensu zbytnio oddalać się od dworca. Wiele punktów jest już zamkniętych, jednak przypominamy sobie, że tuż przy stacji mignął nam charakterystyczny lokal. Dlatego wracamy właśnie tam – do Celler l’Estacio – by spróbować, jak smakuje cava w swym królestwie. W towarzystwie lokalnych klientów (zerkających na nas nieśmiało znad kontuaru) oraz talerza przysmaków (m.in. ośmiorniczek, ślimaków, tuńczyka) próbujemy po kilka lampek trunku różnego rodzaju i barwy. Każdy ma swoje przemyślenia, ale nikt nie kończy uczty zawiedziony. Sami powinniście spróbować, jak może smakować cava w swym mateczniku.

Pierwszy raz cavę wypiłem w 2009 roku. Dzień przed wylotem do Polski trafiłem do sklepiku, który mieści się przy pl. Sant Jaume, po prawej stronie od wejścia w Carrer del Bisbe, wiodącej do katedry św. Eulalii. Miałem przy sobie ostatnie grosze, nieco ponad osiem euro. A butelka Freixenet Oro kosztowała około 10 euro. Dzięki uprzejmości Pana Sprzedawcy mogłem jednak spróbować w pobliskim hostelu, w którym wówczas nocowałem, jak smakuje złota cava.

Ten post ma jeden komentarz

Dodaj komentarz