El Clasico tym razem klasyczne?

El Clasico tym razem klasyczne?

Godziny dzielą piłkarskich fanów od największego święta – pojedynku Barcelony z Realem Madryt. Wszystko wskazuje, że w niedzielę (1 marca, początek o 21:00) będzie o wiele normalniej, niż pod koniec poprzedniego roku. Niemniej, poza sportowym aspektem, tradycyjnie już można spodziewać się sporej dawki polityki.

Nie jest to oczywiście żadna nowość. Pojedynki Los Blancos z Blaugraną od zawsze miały drugie dno. Niezależnie, czy były rozgrywane za czasów Primo de Rivery, Alfonsa XIII, Francisco Franco czy w rzeczywistości postreżimowej. (Zresztą wielu pewnie może się obruszyć, że ten reżim nigdy się nie skończył, a w ostatnim czasie madrycka pętla jeszcze bardziej zaciska się na katalońskim gardle).

Malowana estelada niesiona przez deminstrantówChciałbym napisać, że dość o polityce, i że teraz będzie o biznesie branży rozrywkowej, czyli piłce nożnej. Jednak w tym przypadku nie do końca się tak da.

Pod koniec poprzedniego roku odwiedziłem Katalonię dwukrotnie przy okazji niedoszłego oraz skutecznego el Clasico. Dla przypomnienia – mecz w pierwotnym terminie nie odbył się ze względu na wydarzenia będące następstwem aresztowania działaczy zaangażowanych w niepodległościowe działania z 2017 roku. To było mniej niż dwa tygodnie przed meczem. Na ulicach Barcelony bywało niezwykle gorąco, a wizyta w stolicy Katalonii piłkarzy klubu kojarzonego od zawsze z opresjami wobec tego regionu mogła jeszcze bardziej podsycić (i tak już rozpalone – często dosłownie) nastroje.

Tydzień przed świętami Bożego Narodzenia mecz udało się rozegrać. Choć i tak stał się on okazją do wielkiej, politycznej manifestacji. Cała ta atmosfera, jak mi się wydaje, nie sprzyjała jednak piłkarskiemu meczowi. Co prawda z wysokości trybun pojedynek – poza samym wynikiem – nie wydawał mi się nużący. Nie brakowało ciekawych akcji, spornych sytuacji, dynamicznej walki. Stąd ze sporym zdziwieniem czytałem medialne i kibicowskie doniesienia, jakoby to był najgorszy klasyk od lat. A nawet jeśli sprzed telewizora takim był, wydaje mi się, że jest tego wytłumaczenie i nie ma co się gniewać na głównych aktorów, że wystawili taką sztukę, jaką wystawili.

Śmieci płonące na ulicySytuacja w Barcelonie nadal była napięta. Na pewno nie studziły jej doniesienia o planowanych przez Tsunami Democratic akcjach. Niepewność tego, z czym trzeba się liczyć w dniu meczu, a może podczas samego pojedynku, była zapewne tym najgorszym. No bez wątpienia dało się to odczuć w pobliżu stadionu w minutach poprzedzających mecz.

Aleją Les Corts płynął nieprzebrany tłum. Ogromna estelada, niesiona przez uczestników manifestacji. Okrzyki, skandowanie niepodległościowych haseł, palenie śmietników, starcia z policyjnymi oddziałami – to zapewne nie sprzyjało koncentracji na zadaniach boiskowych. A nawet jeśli to wszystko w niewielkim stopniu docierało do szatni obu zespołów (zresztą nie mogło, bo przecież już nawet sytuacja z dzieleniem przez obie ekipy położonego tuż przy stadionie hotelu Sofia była niecodzienna), to nieprzerwane krążenie helikopterów nad stadionem i jeszcze bardziej żywiołowe okrzyki z trybun (włącznie z tradycyjnym już w 18. minucie „Indepedencia”) musiały sprawiać wrażenie wyjątkowości atmosfery. Nie zabrakło też specjalnie przygotowanych banerów, także ze skierowaną do hiszpańskiego rządu zachętą #SpainSitAndTalk.

Trybuny Camp NouDo tego dość wymowne zdjęcie, które udało mi się zrobić dość nieświadomie. Dopiero przeglądając materiały po meczu uświadomiłem sobie jego wymowę. Choć na bandach reklamowych wyświetlone było zaledwie hasło reklamowe jednego ze sponsorów klubu, to połączone z tłumami wymachującymi flagami, bannerami, wywieszonymi transparentami, nabrało nieco innego wymiaru. Rzeczywiście – w tych dniach rewolucja była obecna na ulicach Barcelony oraz wielu innych miast i miasteczek Katalonii.

I właśnie dlatego uważam, że trudno było, żeby tamten grudniowy pojedynek był bardziej porywający, niż był. I zakończył się inaczej, niż się zakończył. Po nieco ponad dwóch miesiącach od tamtych wydarzeń sytuacja wydaje się zgoła inna. Po pierwsze – mecz odbędzie się w Madrycie, więc niekoniecznie w oku cyklonu. Po drugie – wydaje się, że emocje wokół sprawy nieco się uspokoiły, choć oczywiście dalekie są od optymalnego stanu. Po trzecie – obie drużyny są nieco pokiereszowane ze względu na boiskowe i pozaboiskowe wydarzenia ostatnich tygodni. Dlatego rezultat niedzielnego meczu na Santiago Bernabeu może okazać się rozstrzygającym w kontekście (w miarę honorowego) zakończenia trwającej kampanii.

A, no i dobrze, że mecz jest w niedzielę. Niektórzy mogliby mieć problem z decyzją, czy patrzeć w kierunku stolicy Hiszpanii czy w stronę Katalonii Francuskiej. Na szczęście spotkanie z m.in. Carlesem Pugdemontem w Perpignan zaplanowano na sobotę. Może tam zjechać najmniej 70 tys., a organizatorzy spodziewają się nawet 100 tys. osób.

Dodaj komentarz