Raval: Kronika tego, co znika [wywiad]

Raval: Kronika tego, co znika [wywiad]

To jest chyba najdłużej „robiony” przeze mnie wywiad w życiu (poza tymi, które nigdy nie ujrzały światła dziennego). Żeby nie było – spotkanie i rozmowa poszły przemiło, szybko, sprawnie i bez przeszkód. Ale zanim to wszystko zostało doprowadzone do szczęśliwego końca, minęły miesiące.

Aga Sarzyńska napisała wydaną w 2017 roku książkę „Barszalona”. Trochę o inspiracjach, o wszystkim, co się dzieje w Barcelonie, o przyszłości rozmawialiśmy w październiku 2019 roku. Nikt nie spodziewał się wówczas, że święto patrona Katalonii, jednocześnie święto książki, czyli Sant Jordi, zostanie tak przeczołgane przez rok 2020.

Że wszyscy i wszystko.

Tę rozmowę ostatecznie ustaliliśmy na początku lipca 2020. Wówczas nie było jeszcze wiadome, że po odwołaniu tradycyjnych, kwietniowych obchodów, odpadną także te zaplanowane na lipiec. Ale o literaturze zawsze warto rozmawiać, dlatego zapraszam na Raval.

Okładka książkiPatryk Pulikowski: – Nadal jak stara baba wychylasz się przez okno swego mieszkania i liczysz prostytutki z Ravalu?
Aga Sarzyńska: – Nic się nie zmieniło, może poza dziewczynami. Raval ma to do siebie, że rotacja jest spora. Jedyne co się nie zmienia, to narodowość. Rumunia nadal króluje na ulicy Robador, są też dziewczyny z Maroka, Nigerii czy Senegalu. Stałe jest też to, że ja nadal wychylam się przez balkon i o poranku sprawdzam, kto zaczyna pracę rano.
Parę miesięcy temu zmarła moja znajoma z Mołdawii, która przychodziła do mnie czasami do domu na obiady.

– Ciekawie to brzmi: znajoma prostytutka.
– W książce chciałam pokazać dobrą stronę prostytutek, jako osób, które są tak naprawdę takimi samymi ludźmi, jak my. To dziewczyny, które miały swoje marzenia, tylko zabrakło im szczęścia, jakie ma przeciętna osoba z tak zwanego „normalnego domu”, która dostaje w pakiecie mamę, tatę, tzw. dobry start. To, że te kobiety skończyły na Ravalu to wypadkowa kilku rzeczy, na większość których miały niewielki wpływ.
Patrzę na te dziewczyny, jak na każdą inną kobietę. Relacje z nimi traktuję, jak znajomość z moimi innymi koleżankami nauczycielkami, dziennikarkami, pracownicami biur itd.

– W Barcelonie mieszkasz od dekady, Twoim domem jest Raval. Wydaje się, że jest taka magiczna granica, którą jest Rambla. Wszystko, co w kierunku Barri Gotic jest pożądane, natomiast w drugą stronę – jakoby strefa zakazana. Co od 2017 roku, gdy pojawiła książka „Barszalona” zmieniło się tutaj?
– Barri Gotic też wcale takie porządne nie jest. Te dwie strefy niejako się przenikają. Mają podobny rytm życia. Wracając jednak do Ravalu, to nieustannie się zmienia, podobnie jak cała Barcelona, jest dzielnicą bardzo dynamiczną. Pytanie tylko – zmieniło się na gorsze czy na lepsze?

– A z Twojego balkonu?
– Z mojego balkonu widok pozostaje ten sam. Życie toczy się tak samo, jak się toczyło. To prawda, jest coraz więcej imigrantów z Afryki, z Azji. Mieszkałam w wielu różnych częściach świata, więc dla mnie jest to pewnego rodzaju atrakcja, bo uważam, że im bardziej różnorodnie, tym ciekawiej. Mam jednak wątpliwości, czy inni podzielają moje zdanie.
Raval okazuje się strefą coraz mniej zakazaną. Przychodzi tu coraz więcej turystów, przestają się bać. Oczywiście zupełnie inną sprawą jest to, jak się zachowują, jak traktują mieszkańców.

– Taki syndrom „japońskiej wycieczki”, aparaty fotograficzne, mnóstwo zdjęć?
– Rzeczywiście, jest nadal coś takiego, co można było zauważyć i wiele lat wcześniej. Przychodzą ludzie z aparatami, a sukcesem jest zrobienie zdjęcia prostytutce. Bez choćby takiej refleksji, jak czuje się osoba fotografowana. Sama zajmuję się dokumentowaniem życia przy użyciu aparatu. Uważam, że fotografia powinna ilustrować historię danej osoby. Natomiast zrobienie zdjęcia dla samego zdjęcia nie ma najmniejszego sensu, jest właśnie bardziej takim trofeum. Nikomu zresztą moim zdaniem niepotrzebnym.

Kobieta– Siedzimy w jednym z Twoich chyba ulubionych miejsc, ważnym z punktu widzenia przeobrażeń, jakie przeszedł dotychczas i przechodzi Raval. Tradycyjnie już przy Muzeum Sztuki Współczesnej (Museu d’Art Contemporani de Barcelona – MACBA) mnóstwo skejtów, śmigają na deskach. Podobnie, jak Rambla del Raval, właśnie ten obiekt miał tchnąć w tę dzielnicę nowe życie, świeże powietrze. Masz wrażenie, że tak się stało?
– Oczywiście założeniem powstania Rambla del Raval było stworzenie miejsca bardziej kulturalnego, przyjaznego, otwartego na turystów. Połowicznie to się udało, bo do barów bez obaw przychodzi coraz więcej osób z zewnątrz, coraz więcej przyjezdnych. Nie ma na pewno porównania do lat 1970-1990. gdzie, jak wiem z opowieści, nawet policja bała się zaglądać. Natomiast jest tu nadal wielu bezdomnych. I ten cel, zlikwidowanie brzydkiej twarzy Raval, nie został zrealizowany w ogóle. Mówię o likwidacji nie w takim sensie, żeby pozbyć się tych ludzi, ale żeby znaleźć im jakieś godne miejsce. No i okazało się, że pomyślano o turystach, ale nie o tych mieszkańcach, którzy z roku na rok coraz bardziej potrzebują wsparcia.
Zupełnie inną sprawą jest niejako ukryte wyrzucanie mieszkańców z centrum. Tam, gdzie jeszcze niedawno mieszkali tubylcy, powstają hotele, hostele, miejsca noclegowe dla turystów. Nie tędy droga, Raval przez to traci swój charakter.
A MACBA oczywiście jest takim miejscem, że mimo stworzenia centrum sztuki współczesnej, żeby było bardziej kulturalnie, niż kryminalnie, w pobliżu narkotyki i alkohol mają się całkiem nieźle. Wychodzi na to, że ta kultura współgra tutaj z szeroko rozumianą rozrywką. A w końcu nie o to władzom chodziło.

– Zwiedziłaś wiele krajów, masz więc ogromny bagaż doświadczeń. Każde z państw w inny sposób radzi sobie z tym – można chyba już tak powiedzieć – problemem, jakim stają się turyści. Także Barcelona stara się działać w tej materii. Na ile w Twojej ocenie ta popularna turystyka jest drogą tylko w jedną stronę czy jest jeszcze jakiś ratunek?
– Pewnie byłabym hipokrytką, gdybym powiedziała, że im mniej turystów w Barcelonie, tym lepiej. Przecież sama jestem turystką. Tutaj bardziej chodzi o jakość. Boli chyba najbardziej to, o czym mówiliśmy przed chwilą. Nadal jeszcze w mojej ocenie mniej myśli się o mieszkańcach, niż o przyjezdnych. Barcelona coraz częściej postrzegana jest jako miasto nieznoszące turystów. „Tourists go home” to jest takie hasło naczelne teraz…

-…można je rzeczywiście usłyszeć w wielu miejscach…
-…nawet nie czasem, a bardzo często. Zdarzają się nawet przypadki osprejowanych autobusów, tak było choćby ponad rok temu w okolicach Sagrada Familia.
Coraz trudniej żyje się w centrum. Czynsze są coraz wyższe, ceny w restauracjach szybują, a zarobki nie. Nie można spokojnie przyjść, usiąść, napić się. Coraz częściej pada pytanie czy klient przychodzi na wystawną kolację czy jedynie na drinka, bo od tego zależy czy będzie mógł siedzieć na zewnątrz czy wewnątrz. Poza tym korzystanie z ogródka przed restauracją to niemal z automatu +10 proc. do rachunku. To wszystko zniesmacza mieszkańców.
Inną sprawą jest pewien procent turystów, którzy przyjeżdżają tutaj, jak do siebie. Zachowują się nawet gorzej, niż we własnym kraju. Może to nie jest wielki odsetek, ale jednak pozostawia niesmak. Uważam, że wszystkim powinno zależeć na przyjaznym współżyciu, żeby nikt nikomu nie wadził. Trzeba pamiętać, że społeczność lokalna nie jest tutaj na wakacjach.

– Gdybyś miała zabrać kogoś, kto tu nigdy nie był, zobaczył już to wszystko z cyklu „must see”, w nieoczywiste miejsce. Co by to było? Poza Ravalem oczywiście…
– Poza Ravalem już nie ma nic tak naprawdę (śmiech). Barcelona ma bardzo wiele do zaoferowania. Wszystko zależy od preferencji – czy ktoś lubi ciszę, czy hałas. Na samym Ravalu można znaleźć miejsca ciche, spokojne, gdzie można usiąść, poczytać książkę, popatrzeć na ludzi. Ostatnio zaczęłam odkrywać obrzeża miasta, ale z ręką sa sercu chyba i tak poleciłabym Raval.

– Twoja książka, „Barszalona”, rozumiem, że chodzi tu o wymowę. Ale na ile Barcelona jest szalona?
– Jest i chyba taką pozostanie, bo zawsze miała taką reputację. Szalona jest z różnych względów. To przecież miasto, które nie zasypia. Nierzadko późno w nocy czy bladym świtem na Rambli można spotkać tylu ludzi, co w Warszawie na Marszałkowskiej w godzinach szczytu. Ale też jest inna strona tego szaleństwa. Patrzę na ten mój Raval i widzę coraz więcej ludzi zagubionych, z problemami psychicznymi, których aż tylu ponad dziewięć lat temu, jak tu przyjechałam, nie było. Teraz stają się integralną częścią tutejszego krajobrazu. To szaleństwo niestety nabiera tempa.

Podpisywanie książki– Po co była Ci ta książka?
– To przede wszystkim kronika tego, co znika. Na początku naszej rozmowy wspomniałam o mojej znajomej prostytutce, która niedawno zmarła. Dużo osób znika, przestaje istnieć wiele miejsc. Bar La Rouge też nie jest tym miejscem, które ja znałam, do którego chodziłam co niedzielę. Dla mnie to była próba zatrzymania tego miejsca, które już nie wróci. Jest to więc w jakimś sensie książka historyczna, kronika Ravalu. I to był główny cel tak naprawdę. A także pokazania Barcelony od strony innej, niż ta jedynie pocztówkowa, którą często znają turyści. Pokazania tego miasta od tej może nie ciemnej, ale po prostu zwykłej strony. Że takie miejsca, jak Raval też istnieją i funkcjonują bliżej, niż może się wydawać.

– Pojawiają się jednak takie głosy – przecież każde miasto ma takie strony, po co o tym pisać…
– Oczywiście, że wiele miast ma takie strony, natomiast mało który turysta w nie zagląda. Chciałam może nie tyle zaprosić wszystkich tutaj, ale raczej pokazać, że taki świat jest i zachęcić, żeby ten świat szanować. Czego często brakuje. Choćby taka Elena z mojej powieści to jest tak naprawdę każda dziewczyna na rogu. I zrobienie jej zdjęcia zostawia niesmak.

– „Barszalona” urywa się dość nagle. Co się stało potem?
– Matylda nie została pod mostem, żyje, ma się dobrze (śmiech). Rzeźnik zniknął, ale jego druga żona została. Bo to jest właśnie Raval, jak cała Barcelona zresztą, jeśli chodzi o imigrantów, o osoby spoza Katalonii. To tak naprawdę miejsce dla silnych osób. Zresztą generalnie mieszkanie za granicą, nie w swoim kraju, wymaga sporo siły, determinacji.

– W swojej książce napisałaś, że generalnie co dwa lata zmieniasz miejsce zamieszkania. Że gdy jakieś miejsce Cię zaczyna nudzić, pakujesz plecak i ruszasz po nową przygodę. W Barcelonie się trochę zasiedziałaś.
– Barcelona, a ściślej Raval wciągnął mnie do reszty. Na brak przygód nie mogę narzekać, w głównej mierze pewnie dlatego z dwóch lat zrobiło się dziesięć. Ta dzielnica codziennie odkrywa przede mną kolejne tajemnice. Poznaję coraz więcej ludzi pamiętających stary Raval i to od nich właśnie słyszę historie, które nie można znaleźć w żadnej książce. Myślę, że nadal jestem tutaj przede wszystkim z powodu ludzi, oni są w jakimś sensie magnesem, który mnie wciąż trzyma na Ravalu.

– Co dalej z książkową Matyldą? Wróci w nowej odsłonie?
Matylda wyjechała na dłuższe wakacje i póki co nie planuje powrotu, przynajmniej na strony książki. Pojawią się jednak nowi bohaterowie pod inną szerokością geograficzną. Stay tuned.

Aga Sarzyńska – obieżyświatka, która kilkanaście lat temu rzuciła pracę w korporacji i wyjechała z Polski. Mieszkała w Kenii, Tajlandii, Wietnamie i Indiach, a w 2010 roku osiadła w Barcelonie.

Dodaj komentarz