Dramat rozegrał się też w Ripoll

Dramat rozegrał się też w Ripoll

Nazwa miejscowości, w tle klasztorTo kawał dziejów Katalonii. Z miasteczkiem Ripoll, położonym niemal w Pirenejach, związany jest przecież pierwszy hrabia Barcelony. W nim mieszkało także dziesięć osób, które w połowie sierpnia 2017 roku dokonały terrorystycznych zamachów m.in. w stolicy regionu.

Biały fiat wjeżdża na Ramblę od strony Placa Catalunya taranując spacerujących jednym z najsłynniejszych deptaków świata turystów, ale i mieszkańców stolicy Katalonii. Pojazd dotarł w okolice słynnego targowiska La Boqueria, stacji metra Liceu i mozaiki autorstwa Joana Miro. Ginie 15 osób, a 130 zostaje rannych. Nie tylko z powodu liczby ofiar 17 sierpnia 2017 roku staje się jednym z najtragiczniejszych dni w dziejach Katalonii.

Wydarzenia sprzed trzech lat bez wątpienia głęboko wryły się w świadomość przede wszystkim barcelończyków. Przecież stolica Katalonii – mimo pojawiających się alertów o zagrożeniu terrorystycznym – jawiła się jako bezpieczna wyspa. Tłumnie odwiedzający ją turyści czuli się zawsze komfortowo w tej części świata. Każdy zdawał sobie sprawę, że zamach może dotknąć jedno z najpopularniejszych turystycznych miejsc, ale nikt nie dopuszczał chyba jednak do myśli możliwości ziszczenia się zagrożenia.

Tamten dzień położył się jednak cieniem nie tylko na stolicy Katalonii oraz Cambrils na południu regionu (po sześć osób zabitych i rannych). W kolejnych godzinach i dniach okazało się bowiem, że dziecięciu z zamachowców pochodziło z niewielkiego Ripoll u podnóża Pirenejów. Miasteczko położone około stu kilometrów na północ od Barcelony jest nazywane kolebką Katalonii.

Ważnym krokiem na drodze do umocnienia się hrabstw Marchii [Hiszpańskiej] ale jednocześnie do uzyskania pełnej niezależności wobec karolińskich monarchów, było panowanie hrabiego Guifre (…). Zdołał on zjednoczyć pod swoim przywództwem hrabstwa Barcelony, Girony, Besalu, Cerdanyi, Urgell i Conflent. (…) Podjął akcję repoblacyjną, kierując ją na wyludnioną równinę Vic (…), w krótkim czasie (878-881) skolonizował ten obszar, a następnie Ripolles, Guilleries, Llucanes, zajął również twierdze Cardona i Manresa.

 – czytamy w „Historii Hiszpanii” pod redakcją prof. Manuela Tunona de Lary.

Plac miejskiMowa tu o bohaterze narodowym, pierwszym hrabim Barcelony, Wilfredzie Włochatym (Guifre el Pelos). To on miał zafundować wiele klasztorów, wśród nich ten w Ripoll, w którym zresztą spoczęły jego szczątki. A co do „włochatości” Wilfreda, rozprawia się z nią Robert Hughes w swojej monografii „Barcelona”.

(…) to wytwór ludowej wyobraźni. „Pilosus”, czyli łacińskie słowo, od którego pochodzi „pelos” może znaczyć też „zarośnięty” i niektórzy współcześni historycy uważają, że przydomek Wilfreda oddaje dzikość krainy, którą władał. Inni przypuszczają, że wywodził się on od od „pilum”, oszczepu używanego przez żołnierzy rzymskich, tak więc w rzeczywistości Wilfred Włochaty to Wilfred Oszczepnik.

Skłamałbym, że głównym celem wizyty w Ripoll nie był klasztor Santa Maria de Ripoll oraz Wilfred Włochaty. Nawet jeśli w podaniach o tej postaci pojawia się równie dużo legend, co faktów (a tych pierwszych nie brakuje), to i tak Wilfred pozostaje istotną postacią w dziejach Katalonii. A to nie powinno umknąć uwadze wielbicielom tego regionu.

GraffitiOczywiście wizyta w Ripoll to także doskonała okazja do przespacerowania się uliczkami tego urokliwego miasteczka. A jest położone niezwykle, bowiem od kolejowego dworca między różnokolorowymi budynkami wspinają się uliczki, którym towarzyszą – aż do ściany zielono-skalistego wzgórza – barwne graffiti. To nowsza część Ripoll. Ta starsza to przede wszystkim wspomniany klasztor z IX wieku z oryginalnym, bogato zdobionym portalem. To pozostałości starożytnych, rzymskich murów. To w końcu klasyczne, wąskie trakty starego miasta. I bar przy teatrze La Lira, w którym można zjeść kanapkę, zapijając świetnym, lokalnym, rzemieślniczym piwem.

Nie będę udawać, że nie kusiło mnie, żeby przystawić ucho tu i ówdzie, podpytać, jak teraz – czyli wówczas nieco ponad dwa lata po zamachach – żyje miasteczko. Miejsce narodzin Katalonii, w którym przez lata mieszkał imam Abdelbaki Es-Satty, twórca komórki terrorystycznej, głowa zamachów z sierpnia 2017 roku. Takie pytanie ponad pół roku po tamtych wydarzeniach zadała Aleksandra Lipczak w swoim tekście „Jak zło musnęło miasteczko. Ripoll – rodzinne miasto zamachowców z Barcelony” w „Magazynie Wyborczej”.

Czy są napięcia? Dziwne by było, gdyby ich nie było. To znaczyłoby, że gniew wzbiera i eksploduje w najmniej spodziewanym momencie. Najważniejsze, że nie ma przemocy. Tak mówią jedni. Inni upierają się, że Ripoll ma odwrotny problem. Że o zamachowcach mówi się: „dzieciaki”. Że więcej mówi się o nich niż o ich ofiarach i że coś się w nich buntuje od tego nadmiaru współczucia.

Nie zadałem jednak żadnego pytania o tamte wydarzenia. Obserwowałem, starając się wychwycić cokolwiek, co mogłoby zdradzić, że także tu rozegrał się dramat. I nie zauważyłem nic.

Ripoll wydaje się chłodnym miasteczkiem, nie tylko ze względu na klimat związany z bliskością Pirenejów. Moja wizyta zbiegła się z „katalońskim kotłem” z października 2019 roku, gdy politycy związani z niepodległościowym referendum usłyszeli wyroki wieloletniego więzienia. I gdy cała Katalonia płonęła, jednocześnie przystrajając się w charakterystyczne, żółte wstążki, Ripoll nawiązywało do tego ledwie symbolicznie.

Dodaj komentarz