Burzliwe dzieje i 99 schodów

Burzliwe dzieje i 99 schodów

Lotnisko – prawdopodobnie z nim ogromnej części turystów przybywających do Katalonii kojarzy się Girona. Nie będę kłamać, że najczęstszą trasą, jaką przemierzałem dotychczas z Aeropuerto Girona-Costa Brava jest ten króciutki odcinek do miasta nad rzeką Onyar. Jednak bez wątpienia warto, zamiast od razu ruszać w 99-kilometrową podróż do Barcelony, wybrać się na przykład na wspinaczkę po 99 schodach wiodących do katedry.

Zapewne nie będzie wielką przesadą stwierdzenie, że nad Gironą panował niemal każdy, kto stanowił znaczącą siłę w dziejach Półwyspu Iberyjskiego. Czasy Imperium Rzymskiego to początek tego interesującego miejsca na mapie Katalonii. Pojawiło się jako bastion obronny przy wejściu do Via Augusta. Jest wymieniona zresztą na pucharach z Vicarello, srebrnych naczyniach, na których zewnętrznej stronie wyszczególnione są m.in. wszystkie 104 punkty postojowe na trasie między Kadyksem a Rzymem.

A później to już poszło. Bo byli Maurowie, Frankowie, Żydzi i Napoleon ze swoją armią. Nie zabrakło oczywiście hrabstwa Barcelony z Wilfredem Włochatym na czele. We znaki Gironie w jej dziejach nie mogli nie dać się królowie katoliccy, Izabela i Ferdynand. I praktycznie każdy z tych okresów jest widoczny na ulicach i uliczkach miasta, które przedzielone jest wyniesioną na wiadukcie linią kolejową oraz rzeką Onyar.

Flagi na balkonieWłaśnie, Onyar, prawy dopływ rzeki Ter. To praktycznie pocztówkowy widok – szeroki, wartki nurt, a nad brzegami koryta feerią barw mienią się po obu stronach wielobarwne kamienice. Z flagami Katalonii, piłkarskiego klubu Girona FC albo obiema uwieszonymi na oknach i balkonach. Chyba, że jest akurat upalne lato i Onyar z robiącej wrażenie rzeki przeistacza się w nieśmiałą strugę, odsłaniającą miejscami zabetonowane, uregulowane koryto. Wówczas obraz nie jest tak bajkowy.

Ale Onyar w historii Girony nie stanowił jedynie życiodajnej rzeki. Bowiem nazwa miasta miała się wziąć od łacińskiego „Undarius”, czyli właśnie Onyaru. Inną hipotezą jest starożytne greckie „Gerontes” (starszyzna, prawdopodobnie w odniesieniu do kapłanów), przemianowane później przez Rzymian na „Gerunda”. I ostatecznie pojawiła się Girona (lub Gerona).

Uliczki starego miastaNie jest stolica prowincji o tej samej nazwie miejscem, które rzuciłoby mnie na kolana. (W przeciwieństwie do wspomnianej w jednym z wcześniejszych wpisów Tarragony. Ona kupiła mnie już przy pierwszym kontakcie). Dowodem na to niech będzie moja rozłąka z Gironą, która trwała niemal 17 lat. Ale nie jest też miastem, które należałoby pominąć, planując pobyt w Katalonii. Szczególnie wielbiciele historii będą mieć tu na co patrzeć.

Jednym z pierwszych miejsc, w które trafiałem przy okazji każdej z dwóch wizyt w tym mieście, były dawne mury okalające Gironę od wschodu. To doskonała okazja do spaceru fortyfikacjami, z których rozpościera się doskonały widok nie tylko na historyczną część miasta. A potem warto dać wciągnąć się w urokliwe uliczki Starego Miasta. Szczególnie El Call – jedną z największych średniowiecznych dzielnic żydowskich w Europie. Zresztą to właśnie tu istniała przez ponad sześć stuleci jedna z najsłynniejszych szkół kabały. Swą działalność musiała zakończyć tuż przed końcem XV wieku, gdy królowie katoliccy wypędzili Żydów z kraju.

Katedra w GironieOczywiście miejscem, do którego – prędzej czy później – doprowadzi niemal każda ze staromiejskich uliczek, jest monumentalna katedra z charakterystyczną wieżą Karola Wielkiego. Obiekt powstawał między XI a XVIII wiekiem. Unikalnym elementem jest ogromna 23-metrowa nawa, będąca najszerszą taką gotycką przestrzenią na świecie. Ale równie interesującymi i popularnymi są schody wiodące do katedry. Składa się na nie 99 stopni. Katedra była zresztą bohaterką filmową – pojawia się na ekranie m.in. w jednym z odcinków „Gry o tron”.

A jeśli już mielibyście dość włóczenia się uliczkami Starego Miasta, wystarczy przebrnąć pod tymi przeklętymi torami kolejowymi i przeprawić się za rzekę. Tam gdzie pobliżu miejsca spotkania się z Onyarem głośno ryczy Ter, zaczyna się niezwykły park, który daje doskonałe wytchnienie. Jardins de la Devesa to ok. 2,5 tys. platanów posadzonych w połowie XIX wieku. Wtedy pewnie miejsce na uboczu, teraz oaza zieleni w centrum miasta – prawdopodobnie największy miejski park Katalonii. Ściąga oczywiście spragnionych rześkiego, świeżego powietrza albo wielbicieli biegania i jazdy na rowerze. Zlokalizowana tam transformatorownia jest idealnym wręcz miejscem na polityczne, sprayowe wrzutki dotyczące choćby „Republiki Katalonii”.

Mury obronne i panorama GironyGirona może być też doskonałą bazą wypadową do okolicznych, równie interesujących miasteczek. Wystarczy dostać się do sąsiadujących ze sobą dworców kolejowego lub autobusowego. Po drodze zajść do jednego z barów na kanapkę z tuńczykiem lub szynką i serem oraz świeżo wyciskany sok pomarańczowy.

Łatwo stąd dostać się do parku naturalnego strefy wulkanicznej La Garrotxa i do Olot, albo do urokliwego Banyoles. Można sprawnie podjechać pociągiem do Figueres, by odwiedzić m.in. muzeum Salvadora Dalego. Albo nad morze – do pozostałości starożytnego miasta Empuries lub na plażę.

A dopiero wtedy ewentualnie planować przenosiny do Barcelony.

Dodaj komentarz