Flaga powiewająca na wieetrze
Jeden z wariantów flagi często widziany w wielu miejscach Katalonii.

Magiczna Barcelona i fascynująca Katalonia. Marzenie mnóstwa, spełniane bez większego problemu przez wielu. Bo przecież to i doskonałe miejsce na wypoczynek w jednym w licznych kurortów Dzikiego Wybrzeża. To fascynująca historia i burzliwe (po dziś dzień) tereny północno-wschodniej Hiszpanii. To przecież monumentalne dzieło niezwykłego artysty oddające hołd Świętej Rodzinie. No i wreszcie jeden z najwspanialszych klubów piłkarskich świata.

To oczywiście jedynie wycinek niezwykłego miejsca, do którego w 2,5 godziny można dolecieć z Polski. Czasem nawet za mniej niż 40 złotych w jedną stronę.

O Barcelonie i Katalonii zacząłem marzyć w I połowie lat 90. I – jak to często bywa – droga do tych marzeń była niezwykle kręta i całkiem nieoczywista. Rok 1992 był bardzo niezwykły – z mojego punktu widzenia oraz ze względu na tę opowieść – przede wszystkim w sportowe wydarzenia. Holendrzy co prawda nie obronili tytułu piłkarskich mistrzów Europy, ale mieli w swoim składzie niejakiego Ronalda Koemana. Ten rudzielec zapewnił FC Barcelonie pierwszy w historii triumf w Pucharze Europy. A na dodatek Barcelona (i okolice) była areną pamiętnych dla Biało-Czerwonych Igrzysk Olimpijskich. Było bardzo szczęśliwie (Arkadiusz Skrzypaszek), pechowo (srebro piłkarskiej reprezentacji) albo totalnie niefartownie (Robert Korzeniowski).

Piszę o sporcie, bo tak naprawdę to on stał się zarzewiem wszystkiego, co później się działo. Sport czyli FC Barcelona. Ale też niezwykłe przedstawienie na otwarcie wspomnianych igrzysk, prezentujące burzliwe dzieje Katalończyków. Ta pokrętna na swój sposób, ale przecież i spójna mieszanka – o czym doskonale wiedzą ci, którzy choć na chwilę przyłożyli ucho, by sprawdzić o co chodzi w tym całym katalonizmie – stała się zaczynem najpierw marzeń, a później czynów.

Bywać w stolicy Katalonii zacząłem od końcówki minionego stulecia. Bywać – to dobre określenie. Nigdy nie mieszkałem w Barcelonie albo w innym katalońskim mieście. Wpadam tam i wypadam. Na tydzień, na kilka dni, czasem kilkanaście godzin. Te zapiski są moimi przemyśleniami na temat fascynującej Barcelony, także niezwykłej Katalonii – w ujęciu szerszym, niż jej obecne granice geograficzne, w ujęciu Paisos Catalans.

Być może będą inspiracją, by zejść z utartych szlaków, a może zupełnie innym spojrzeniem na doskonale znane miejsca. Na pewno nie są i nie będą przewodnikiem. Tych jest aż nadto w księgarniach (w wersji analogowej) i w Internecie (przemyślenia zdigitalizowane). Nie są też opowieścią o tym, jak żyją Katalończycy, o ich zachowaniach, upodobaniach. To można przeczytać w doniesieniach tych, którzy wiedzą o wiele więcej ode mnie, bo spędzili tam (i często spędzają) kawał życia. |

Niemal na koniec podziękowania. Mamie – za pierwszą podróż do Barcelony. Babci – za podróż drugą. Żonie – za towarzystwo podczas części wypraw i za cierpliwość, gdy znów wskakuję w samolot, by pobyć Tam choć chwilę.

Zapraszam więc do mojej Barcelony, zapraszam do mojej Katalonii.

Close Menu